Dom biały. T.4 (Kock Paul)
Strona 2
DOM BIAŁY.
 
ROZDZIAŁ I.
 
KTOŚ MYŚLI SIĘ ŻENIĆ.

Wstawszy nazajutrz po balu, Alfred poszedł do pokoju Edwarda; a nieznalazłszy go ani tam, ani w zamku, ani w ogrodach, nie wątpi już, że gardząc przyrzeczeniem, Edward poszedł sam bez niego do Izory. W rospaczy, sen swój przeklina; ledwie że na koń nie siada i nie goni go w góry. Lecz pomyślał że już późno, ze Edward musiał wyjechać oddawna, i że może nawet wraca. Czeka więc go; spodziewając się wytłómaczenia. Kiedy Alfred przechodzi się niespokojnie po galeryi wychodzącej na pole, Robino wstawszy ubiera się najstaranniej, i z miną rozjaśnioną zbliża się do barona uśmiechając: — "Dzień dobry, kochany Alfredzie!
— "Dzień dobry! odpowiada nagle zaczepiony, i znowu szybkim krokiem przechadza się po galeryi.
— Na honor, bardzom rad, ze cię tu dziś spotykam... nie tak się to często zdarza; bo zwykle ty z panem poetą wstajecie, nim Febus złotowłosy z łona mórz się podniesie... Eh! z tym djabelskim Ferulusem, nauczyłem się wyrażać etymologicznie!... Lecz wróćmy do rzeczy... Cóż to nie słuchasz mnie Alfredzie?..:
— Gadaj... gadaj... ja słucham.
— Otoż, kochany moj, oznajmię ci, że wczorajszego dnia... ja.... Ale, ale... jakże ci się wczorajszy bal podobał... nie
wspomniałeś mi o tem... A pięknie było, he?..:
— Tak... prócz wierszy pana Ferulus i serów w zapasach, wszystko się ślicznie udało.
— No!... jakże chcesz! byty to nieprzewidziane wypadki!... Jednakże pan Berlęg utrzymywał, że to ożywiło nieco zabawę. Nakoniec, mój kochany Alfredzie, w tym dniu ustaliłem mój wybór.
— Co? jak?
— Co? jak! juściż naturalnie, żeby się ożenić. Trzeba mi żony! Zajmując pewne miejsce w towarzystwie... mając zamek... a zresztą... serce się odezwało; przemówiło i bardzo dziwnie! Nigdym jeszcze nie był tak zakochany; bo tez nigdy nie miałem zręczności widzieć tak zachwycającej osoby. Ręczę, że zgadłeś Alfredzie! musiałeś spostrzedz nasze stosunki? bo też prawdziwie nie mogłem się utrzymać...